Winda w bloku: czy jest się czego bać?

Winda w bloku jest bez wątpienia sporym udogodnieniem, ale wiele osób nadal odczuwa niepokój przy jej użytkowaniu. Czy słusznie boimy się tego urządzenia? Otóż statystyki jasno dowodzą, że windy nie stanowią poważnego zagrożenia dla naszego życia i zdrowia, chyba że… zajmujemy się ich konserwacją.

Strach przed korzystaniem z windy łatwo zrozumieć – w końcu mowa o zamkniętym, ciasnym pomieszczeniu na kablu. Niemniej strach ten ma irracjonalne podstawy. Szacuje się, że każdego roku na całym świecie z powodu wind umiera zaledwie 27 osób, ale ponad połowę ofiar tego typu zdarzeń stanowią mechanicy naprawiający urządzenia. W samej tylko Polsce w latach 2010-2016 doszło jedynie do dziecięciu wypadków ze skutkiem śmiertelnym – w pięciu przypadkach ofiarami okazali się nieuważni konserwatorzy. Jak łatwo policzyć, prawdopodobieństwo naszej śmierci z powodu upadku windy wynosi zaledwie 0,00000015 procent. Dużo groźniejsze są… schody. To, że pożegnamy się z życiem w wyniku upadku ze schodów jest aż sześćdziesiąt razy bardziej prawdopodobne niż śmierć z powodu źle działającej windy.

Winda w bloku: na co uważać?

Do najczęstszych przyczyn wypadków z windami należą wspominane już wyżej incydenty przy ich konserwacji oraz wpadnięcia do szybu – do tych ostatnich dochodzi wówczas, gdy za otwartymi drzwiami przystankowymi z jakiegoś powodu nie znajduje się kabina dźwigu. Dokładnie taka sytuacja miała miejsce kilka lat temu w Polkowicach na Dolnym Śląsku. 60-letnia kobieta chciała skorzystać z windy, ale po otworzeniu drzwi nie zauważyła braku kabiny; zrobiła zatem krok do przodu i spadła na dach windy, stojącej dwa piętra niżej. Kobieta na szczęście przeżyła, choć doznała poważnych obrażeń. Sprawa trafiła do Sądu, ale Sąd Okręgowy w Legnicy orzekł, że kobiecie nie należy się zadośćuczynienie za uszczerbek na zdrowiu, gdyż przyczyną wypadku był akt wandalizmu (chuligani wyrwali blokadę, która uniemożliwiała otwarcie drzwi, kiedy na piętrze nie było kabiny). Ponadto zdaniem Sądu poszkodowana była współwinna, gdyż przy wsiadaniu do windy nie zachowała odpowiedniej ostrożności.

Przyczyną bardzo wielu wypadków jest zwykła ludzka nieostrożność. Zdumiewająco wiele osób potyka się przy wsiadaniu do windynajczęściej w sytuacji, gdy kabina zatrzyma się powyżej lub poniżej poziomu, na którym znajduje się przystanek. Co ciekawe, trzy lata temu Sąd Okręgowy w Łodzi orzekł, że jedna ze spółdzielni mieszkaniowych musi zapłacić 20 000 zł zadośćuczynienia oraz 1888,50 zł odszkodowania kobiecie, która podczas wchodzenia do windy przewróciła się właśnie z powodu zapadnięcia się kabiny poniżej poziomu piętra. W trakcie procesu wyszło bowiem na jaw, że w okresie poprzedzającym wypadek winda wielokrotnie źle się zatrzymywała, ale spółdzielnia w żaden sposób nie kontrolowała firmy, której zleciła konserwację dźwigu.

Winda w bloku: wygoda i bezpieczeństwo

Kwestię wind w blokach reguluje rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 12 kwietnia 2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Zgodnie z § 54 ust. 1 dźwig osobowy musi znajdować się w każdym budynku użyteczności publicznej, budynku mieszkalnym wielorodzinnym, budynku zamieszkania zbiorowego niebędącym budynkiem koszarowym oraz każdym innym budynku mającym najwyższą kondygnację z pomieszczeniami przeznaczonymi na pobyt więcej niż 50 osób, w którym różnica poziomów posadzek pomiędzy pierwszą i najwyższą kondygnacją nadziemną, niestanowiącą drugiego poziomu w mieszkaniu dwupoziomowym, przekracza 9,5 m. W windę muszą być też wyposażone wszystkie budynki opieki zdrowotnej i opieki społecznej o dwóch lub więcej kondygnacjach.

Maciej Balcerek z warszawskiej agencji architektonicznej Perfect Space uważa, że winda w bloku znacznie ułatwia życie, szczególnie osobom starszym i niepełnosprawnym: – Nie bez powodu architekci, socjologowie i psycholodzy mówią o „syndromie czwartego piętra”, czyli barierach architektonicznych, utrudniających seniorom i niepełnosprawnym wychodzenie z domu i kontakt ze światem zewnętrznym. W czasach PRL-u na skalę masową budowano właśnie czteropiętrowe bloki, bo zgodnie z ówczesnymi przepisami przy takiej ilości pięter nie trzeba było montować wind. Niestety dziś ich mieszkańcy się zestarzeli i nie mają już sił na ciągłe wchodzenie po schodach, więc często całkowicie rezygnują z wychodzenia na zewnątrz i stają się więźniami swoich mieszkań.

Najciekawsze inwestycje mieszkaniowe w Gdańsku

Rynek deweloperski w Gdańsku ma się znakomicie. Nie trzeba przedstawiać na ten temat żadnych raportów, nie trzeba też prowadzić oficjalnych statystyk i nie trzeba nikogo do tego przekonywać, bo widać to gołym okiem. Największe z trójmiejskiej aglomeracji miasto ma wiele do zaoferowania potencjalnym nowym nabywcom mieszkań, którzy wiążą swoją przyszłość z tym szóstym co do wielkości miastem w Polsce. Praktycznie każda dzielnica może pochwalić się nowymi inwestycjami mieszkaniowymi – takimi, które dopiero powstają i takimi, które niedawno zostały oddane do użytku. Postanowiliśmy przyjrzeć się kilku z nich.

Jedno jest pewne – w najbliższym czasie w Gdańsku mieszkań nie zabraknie. Wiele inwestycji mieszkaniowych zaplanowanych jest ze sporym wyprzedzeniem, a nie można wykluczyć, że rynek deweloperski jeszcze przyspieszy. W czwartym kwartale 2017 roku do użytku ma zostać oddany ostatni etap kompleksu czterech budynków pod nazwą Cztery Oceany.

Projekt od początku zakładał powstanie czterech osiemnastopiętrowych budynków. I choć nie jest to całkiem nowa propozycja, bo pierwsze dwa budynki zostały już oddane do budynku, to mimo wszystko warta jest odnotowania. Pierwszy etap inwestycji został ukończony w roku 2011, w drugim budynku nowi właściciele mogli wprowadzić się do swoich mieszkań w roku 2014. Pierwszy kwartał 2017 roku to zakończenie budowy trzeciego budynku, a w czwartym kwartale planowane jest ukończenie całego projektu. Inwestycja na Przymorzu od początku cieszyła się powodzeniem i trudno się dziwić. Bliskość morza, bezpośrednie sąsiedztwo parku Reagana, dogodny dojazd do centrum – to tylko niektóre z plusów posiadania mieszkania przy ulicy Obrońców Wybrzeża.

Sporo dzieje się też w sąsiedniej Oliwie. Na uwagę zasługuje tutaj szczególnie Harmonia Oliwska autorstwa gdańskiego dewelopera Inpro. Osiedle składać się będzie z budynków sześcio- i ośmiokondygnacyjnych. Inwestycja zlokalizowana w bezpośrednim sąsiedztwie Parku Oliwskiego i małej odległości od Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Spragnieni morza też nie stoją na straconej pozycji, bowiem na plażę w Jelitkowie będzie można bardzo łatwo dotrzeć. Harmonia Oliwska składać się będzie z czterech etapów: Cytra, Rotta, Tercja i Kwarta. Pierwszy etap jest już w budowie. Całość ma zakończyć się w okolicach 2020 roku.

Gęsto na Zaspie, gęsto w centrum

Jeszcze bardziej spragnieni morza i plaży mieszkańcy Gdańska mogą zwrócić uwagę na propozycję warszawskiego dewelopera Robyg i jego inwestycję Mila Baltica zlokalizowaną przy ulicy Bolesława Chrobrego na Zaspie. Mieszkanie w tej dzielnicy zawsze jest dobrym pomysłem. Doskonale skomunikowana i zurbanizowana wciąż zyskuje na popularności, ale jak widać znajdzie się tam miejsce również dla kameralnej inwestycji. Mila Baltica to ogrodzone osiedle składające się z czteropiętrowych budynków, które wyglądem będzie nieco odbiegać od trendów budowlanych panujących w tej akurat dzielnicy, ale może wyjść jej to tylko na dobre.

Deweloperzy upodobali sobie tę dzielnicę, ale trudno im się dziwić. Doskonale skomunikowana z resztą miasta, mała odległość od Sopotu czy centrum Gdańska, z bardzo dobrze rozbudowaną infrastrukturą handlową i usługową, o bliskości morza czy terenów zielonych nie wspominając. Zaspa się zagęszcza, a mieszkańcy, którzy chcieliby osiąść w tej dzielnicy na stałe naprawdę mają w czym wybierać.

Ale prawdziwy rozkwit przeżywa ponownie centrum Gdańska. Jeśli wziąć pod uwagę inwestycje oddane do użytku w ostatnim czasie i te dopiero powstające, to doliczymy się oszałamiającej mimo wszystko liczby ponad dwóch tysięcy mieszkań. Wystarczy wymienić najbardziej elektryzującą mieszkańców śródmieścia i nie tylko inwestycję Granaria, która powstanie na Wyspie Spichrzów. Budowa rozpoczęła się w 2017 roku i potrwa do 2023, ale pierwsi lokatorzy wprowadzą się oczywiście wcześniej. Pierwszy etap zakłada powstanie stu mieszkań z widokiem na Motławę. Prestiżowa lokalizacja w miejscu z bogatą historią musi działać na wyobraźnię. Wykonawca zagwarantował dopasowanie nowych budynków w historyczną architekturę.

Ale Granaria to nie jedyna inwestycja na Wyspie Spichrzów. Swój pomysł na zagospodarowanie tej przestrzeni ma także deweloper Dekpol. Nowa Motława, bo tak nazywa się propozycja tego dewelopera, to siedmio- i ośmiokondygnacyjne budynki mieszkalne. Łącznie do dyspozycji oddanych zostanie 299 lokali. O zaletach mieszkania w takim miejscu nie trzeba nikogo przekonywać. Historyczne centrum miasta ma do zaoferowania wiele, jeśli chodzi m.in. o rozrywkę i wydarzenia kulturalne.

Zdjęcia: Wikipedia

Wymarzone mieszkanie – od czego zacząć poszukiwania?


Nie da się ukryć, że zakup pierwszego, własnego i wymarzonego mieszkania jest jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu każdego człowieka. Gdybyśmy na siłę chcieli utworzyć hierarchę takich wydarzeń, decyzja o zakupie byłaby tylko półkę niżej od narodzin dziecka czy zawarcia małżeństwa. W bardzo wielu przypadkach jest to decyzja jedna na całe życie, która dodatkowo w znacznym stopniu definiuje naszą przyszłość.

Osoby, które chcą przenieść się we własne cztery kąty na rynek deweloperski w Polsce narzekać nie mogą. Boom budowlany wciąż trwa, a jeśli jest on mniejszy niż w latach poprzednich, to nadal trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że rynek nieruchomości przeżywa jakiś kryzys. Widać to oczywiście szczególnie w największych miastach w Polsce – deweloperzy wciąż wychodzą mieszkańcom naprzeciw, oferując coraz to nowe inwestycje mieszkaniowe w przeróżnych lokalizacjach. Budowa nowych osiedli w mniejszych miastach też nie należy już do rzadkości. Rynek pierwotny kwitnie, ale rynek wtórny wciąż cieszy się sporą popularnością.

Taka sytuacja wcale nie musi ułatwiać nam zadania w podjęciu decyzji o zakupie wymarzonego M. W teorii wszystko wydaje się być proste. Podjęcie decyzji, ubieganie się o kredyt w banku, wybór lokalizacji, w końcu podpisanie dokumentów i odbiór kluczy. Proste? Nie do końca. Na samym początku warto zwrócić uwagę na ceny mieszkań, które nas interesują, a właściwie na środki, jakimi będziemy dysponować przy wyborze mieszkania. Zakładając, że nie mamy zbyt wielu oszczędności, koniecznym będzie zaciągnięcie w banku kredytu hipotecznego. Wtedy będziemy wiedzieć, na czym stoimy i w jakich przedziałach cenowych możemy zacząć wyszukiwanie wymarzonego lokum. Oszczędzimy sobie w ten sposób zauroczenia ofertą najzwyczajniej w świecie przekraczającą nasze możliwości finansowe, co spowoduje niepotrzebny smutek.

Starsze nie znaczy gorsze 

Druga bardzo ważna decyzja to wybór pomiędzy rynkiem pierwotnym a wtórnym. Większość kredytobiorców decydujących się na własne wymarzone mieszkanie skłania się ku opcji zakupu swoich czterech ścian na rynku pierwotnym. Nie ma się czemu dziwić. Ofert deweloperów jest naprawdę sporo. Poza tym ważną rolę odgrywa tu planowanie przyszłości. Jeśli już wiążemy się dość silną umową z bankiem i wykładamy tak duże pieniądze na zakup mieszkania, bardziej rozsądnym wydaje się zakup mieszkania z rynku pierwotnego. Takie mieszkanie bardzo często można w późniejszym czasie łatwiej sprzedać lub wynająć.

Ale jeśli nie kupujemy mieszkania na pokaz i nie chcemy zaciągać w banku kredytu na granicy finansowych możliwości, warto rozejrzeć się za ofertami na rynku wtórnym, który niekiedy posiada równie atrakcyjne oferty, a zdarzają się także prawdziwe perełki. Ceny bywają o wiele niższe, co automatycznie obniża także ratę naszego kredytu, ale przede wszystkim przewagą nad rynkiem pierwotnym może być tu lokalizacja. Centra miast – tych wielkich, jak i tych mniejszych – są już w dużym stopniu zabudowane i ciężko deweloperom o nową inwestycję z dogodnym dojazdem do najbardziej potrzebnych miejsc czy instytucji. Rozwiązaniem na te problemy może być właśnie poszukiwanie mieszkania w starszych kamienicach czy blokach.

Tak daleko, a tak blisko

Warto zastanowić się nad tym z jeszcze jednego powodu – mieszkanie używane, nawet wymagające remontu, może w ostatecznym rozrachunku wynieść nas mniej niż zakup mieszkania z rynku pierwotnego. Lokalizacja, o której już wspomnieliśmy to naszym zdaniem druga najważniejsza rzecz do uwzględnienia przy podejmowaniu decyzji o zakupie własnego kąta. Dobrze jest zrobić sobie rachunek strat i zysków, jakie niesie za sobą mieszkanie bliżej centrum miasta lub na jego obrzeżach.

Mieszkanie w centrum czy jego bezpośrednim sąsiedztwie to na pewno spora oszczędność czasu. O ile nie pracujemy w innym mieście, mamy więcej możliwości dojazdu do niej, a dzięki temu więcej czasu dla siebie. Tyczy się to oczywiście nie tylko pracy. Ale w ostatnich latach deweloperzy nie mają też problemów ze znalezieniem najemców w oferowanych inwestycjach poza miastem, w tak zwanych sypialniach. Ta opcja ma również szereg zalet. Jedną z nich jest właśnie możliwość odpoczynku od całego miejskiego zgiełku i bardziej efektywnego relaksu. Możliwości jest naprawdę dużo. Kupno mieszkania jest procesem długotrwałym, wymagającym przemyślanych decyzji i wzięcia na siebie sporej odpowiedzialności. Warto na początku zastanowić się, czego tak naprawdę chcemy i na co zwracamy w życiu największą uwagę.

Coraz mniej środków na mieszkania dla młodych

Program Mieszkanie dla młodych osiąga rekordy popularności. W styczniu skończyły się pieniądze z puli przeznaczonej na rok 2017, a pieniądze na przyszły, ostatni rok obowiązywania programu MDM kurczą się w ekspresowym tempie. To ostatni dzwonek dla klientów banków chcących ubiegać się o rządowe dofinansowanie wkładu własnego przy zakupie mieszkania.

Gdy w 2014 roku Komisja Nadzoru Finansowego wprowadzała tak zwaną Rekomendację S, czyli zbiór regulacji dotyczących udzielania przez instytucje finansowe kredytów hipotecznych, jasnym stało się, że przeciętny Kowalski może mieć nieco większy problem z uzyskaniem pożyczki z banku na mieszkanie lub dom. Wszystko ze względu na przymus posiadania wkładu własnego, czyli dysponowania środkami finansowymi w wysokości pięciu procent wartości nieruchomości.

Ówczesny rząd mając świadomość ewentualnych trudności przy pozyskiwaniu nowych mieszkań głównie przez ludzi młodych, którzy w znakomitej większości nie dysponują odpowiednimi oszczędnościami potrzebnymi do zaspokojenia wymagań odnośnie wkładu własnego, zdecydował się na start programu Mieszkanie dla młodych. Następca programu Rodzina na swoim zaczął obowiązywać w 2014 roku i z miejsca stał się hitem.

Założenia rządowej pomocy były jasne i klarowne. Program polegał na jednorazowej wypłacie dofinansowania wkładu własnego przy ubieganiu się o kredyt hipoteczny. Oczywiście jak sama nazwa wskazuje program był i jest kierowany do pewnej grupy społecznej. Z pomocy państwowej mogą korzystać osoby w wieku do 35. lat, a środki finansowe przyznawane są tylko i wyłącznie na zakup mieszkania lub domu z rynku pierwotnego.

Początkowo o wsparcie z programu Mieszkanie dla Młodych mogły korzystać tylko osoby po ślubie, jednak w 2015 roku wymagania nieco zmodyfikowano i teraz o dofinansowanie mogą się ubiegać także osoby niebędące w związku małżeńskim. Małżeństwa lub związki partnerskie posiadające jedno lub więcej dzieci mogą oczywiście liczyć na większe procentowe dofinansowanie. Na największy zastrzyk gotówki od państwa mogą liczyć rodziny z co najmniej trójką dzieci – wtedy dostaną oni 30% wartości nieruchomości. Osoba lub rodzina bezdzietna może liczyć na wsparcie w wysokości 10%.

Walka z czasem

Program od pierwszych miesięcy obowiązywania robił oszałamiającą karierę. W roku 2014 wymagany wkład własny wynosił jedynie pięć procent wartości nieruchomości, więc klienci ubiegający się o kredyt w banku bardzo chętnie składali wnioski o dofinansowanie z państwowej kasy. Dane mówią o blisko szesnastu tysiącach złożonych wniosków w pierwszym roku obecności na rynku programu Mieszkanie dla młodych. W kolejnych latach program tylko zyskiwał na popularności, a pula rządowych dopłat stale się zwiększała.

Wejście w życie ustawy ożywiło także rynek nowych inwestycji mieszkaniowych w Polsce. I to dla obu jego podmiotów. Przede wszystkim dlatego, że w początkowej fazie programem objęte były tylko i wyłącznie mieszkania na rynku pierwotnym. Chętni na zakup mieszkania lub domu z rynku wtórnego mogli liczyć na wsparcie państwa w tej kwestii dopiero w roku 2015, gdy rząd przyjął nowelizację ustawy. Ze względu na to, iż program charakteryzował się również limitem powierzchni, deweloperzy chętniej dostosowywali swoją ofertę do najemców ubiegających się o dopłaty, których przecież z każdym kolejnym rokiem przybywało.

Rok 2017 to rekord popularności programu Mieszkanie dla młodych. Pieniądze przeznaczone na ten rok skończyły się już w styczniu. Niestety nie żyjemy w idealnym świecie i pula środków finansowych przeznaczona na rządową pomoc jest ograniczona i kurczy się praktycznie z dnia na dzień. Już w połowie roku 2016 eksperci byli pewni, że pula na rok 2017 zostanie wyczerpana w pierwszym jego kwartale. I tak też się stało. Potencjalni beneficjenci programu Mieszkanie dla Młodych mogą ubiegać się w tym momencie o środki przeznaczone na rok 2018.

Co dalej?

Aktualnie Bank Gospodarstwa Krajowego uruchomił zapisy i przeznaczył 50% puli zarezerwowanej na przyszły rok, a wynosi ona 381 milionów złotych (łączna kwota na rok 2017 to 762 mln zł). Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że ona także wyczerpie się w pierwszym kwartale 2017 roku (BGK wstrzymał przyjmowanie wniosków na rok 2017 w lipcu ubiegłego roku).

Pośpiech potencjalnych beneficjentów programu Mieszkanie dla młodych jest zrozumiały. Od początku wiadomo było bowiem, iż rządowa pomoc nie będzie trwała wiecznie. Ustawodawcy czas trwania programu MDM zaplanowali na lata 2014-2018, więc to ostatni dzwonek dla chcących skorzystać z dofinansowania. Następcą MDM ma być Mieszkanie plus – program nowej ekipy rządzącej ułatwiający obywatelom wynajem mieszkań z późniejszą opcją wykupu. Ale kryteria przystąpienia do niego będą inne i młodzi ludzie stracą kilka przywilejów przy ubieganiu się o rządowe dopłaty, choć oczywiście nie będą na straconej pozycji.

Wkład własny w 2017 roku wzrasta do 20%

Nowy rok, nowe nadzieje. W składanych sobie wzajemnie noworocznych życzeniach najczęściej przewija się pragnienie, aby w nowym roku było nam łatwiej niż w poprzednim. Dla bardzo szerokiej grupy mieszkańców Polski rok 2017 będzie niestety jeszcze trudniejszy. Mowa tu o obywatelach, którzy w najbliższych trzystu sześćdziesięciu dniach zdecydują się na zaciągnięcie w banku kredytu hipotecznego na własne mieszkanie lub dom. Od 1 stycznia 2017 roku chcąc ubiegać się o bankową pomoc finansową, będą oni musieli dysponować minimalnym wkładem własnym w wysokości 20% wartości nieruchomości. To o 5% więcej niż w roku ubiegłym.

Jeszcze kilka lat temu podjęcie decyzji o zakupie swojego wymarzonego lokum było nieco łatwiejsze – wystarczyło złożyć wniosek do banku, który miał dla nas najbardziej korzystną ofertę, bank ten oceniał zdolność kredytową klienta i jeśli weryfikacja przebiegła pozytywnie, przyznawał kredytobiorcy środki finansowe w wysokości 100% wartości nieruchomości. Zdarzały się też w historii takie przypadki, gdzie kwota kredytu udzielona przez bank wartość tego mieszkania przewyższała nawet o 30%. Szalone rozdawnictwo skończyło się w 2013 roku.

Procentowa wysokość własnego poręczenia nie jest oczywiście wzięta z kosmosu, rok 2017 nie jest pierwszym, w którym obywatele będą musieli dysponować swoimi środkami, aby móc się o kredyt ubiegać, a Polska nie jest jedynym krajem w Europie, którego obywatele muszą się z takimi warunkami zmierzyć. Sprawcą całego „zamieszania” jest tzw. Rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego z 2013 roku. To zbiór wytycznych, który powstał w odpowiedzi na skutki kryzysu finansowego z 2007 roku, a także na zbyt liberalne praktyki przy udzielaniu kredytów mieszkaniowych oraz nadmierne zadłużenie części gospodarstw domowych. Jednym z najważniejszych jej punktów jest właśnie wymóg na klientach banków dysponowania własnymi środkami finansowymi przy ubieganiu się o kredyt hipoteczny.

Rekomendacja zaczęła obowiązywać w 2014. Wtedy wymagany wkład własny wynosił 5% wartości nieruchomości. Rok później wskaźnik ten wynosił już 10%, a w roku 2016 klienci ubiegający się o kredyt na zakup mieszkania musieli wyłożyć ze swojej kieszeni wcale niemałe pieniądze, bo 15% wartości mieszkania czy domu. Główną rolę odgrywa tu wskaźnik LtV (ang. loan to value), czyli wskaźnik wyrażający stosunek wartości ekspozycji kredytowej do wartości nieruchomości. Jeśli dana instytucja finansowa w swojej ofercie informuje, że jest w stanie udzielić kredytu na 80 procent LtV, to jasnym jest, że druga strona (w tym przypadku klient) będzie musiała pokryć pozostałe 20 procent inwestycji. Jeśli więc cena mieszkania wynosi np. dwieście tysięcy złotych, to nowy lokator będzie musiał dysponować wkładem własnym w wysokości czterdziestu tysięcy złotych.

 

Kogo najbardziej mogą dotknąć te zmiany na rynku nieruchomości? Na pewno z takiego obrotu spraw nie są szczególnie zadowoleni deweloperzy, bo choć o kryzysie w ich branży mówić nie można, to kredyty hipoteczne będą cieszyć się jeszcze mniejszą popularnością. Oczywiście nie jest tajemnicą, że procentowe podwyższenie wymaganego wkładu własnego może okazać się barierą nie do przeskoczenia dla osób o najniższych dochodach. Trudniej będą też miały osoby, które zdecydują się na zakup mieszkania lub domu z rynku wtórnego, bowiem przy zakupie takiej nieruchomości kupujący musi liczyć się zazwyczaj z wyższymi opłatami dodatkowymi. Czy ucierpi na tym rynek nowych inwestycji mieszkaniowych w Gdańsku, Krakowie, Warszawie i innych największych miastach Polski? Czas pokaże.

Rekomendacje Komisji Rozwoju Finansowego nie są jednak tak restrykcyjne, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. W rzeczywistości klient będzie mógł starać się o kredyt hipoteczny dysponując tylko wkładem własnym w wysokości dziesięciu procent wartości nieruchomości. Żeby tak się stało, będzie trzeba ponieść tzw. Ubezpieczenie Niskiego Wkładu Własnego, czyli ubezpieczenie brakującej wysokości wkładu własnego.

Różne branki różnie interpretują pojęcie wkładu własnego. W wielu przypadkach za wkład własny uznaje się nawet środki pozyskane z rządowego programu Mieszkanie dla młodych, ale w tym wypadku trzeba mieć na uwadze, że program ten – jak sama nazwa wskazuje – cechuje się wieloma obostrzeniami i nie jest dostępny dla wszystkich. Ale klienci banków, którzy na rządowy program załapać się nie mają szans, nie stoją na straconej pozycji. Jako wkład własny uznaje się także wartość działki, zakup materiałów czy wykonanych robót budowlanych (co prawda tylko w przypadku zakupu lub budowy domu).

Czym kierowała się Komisja Nadzorów Finansowych przy wprowadzaniu Rekomendacji? W teorii rozporządzenie ma też chronić samych kredytobiorców. Z racji wkładu własnego zaciągane z banku środki są mniejsze niż rzeczywista wartość nieruchomości, a to z automatu obniża najemcy ratę kredytu. Mimo wszystko warto zapytać w tym miejscu, gdzie jest granica tych regulacji. Nie trzeba być ekspertem lub wnikliwym obserwatorem sektora bankowego i rynku nieruchomości, aby stwierdzić, że większości Polaków nie stać niestety na poręczenia w wysokości dziesięciu procent wartości kupowanego mieszkania, nie mówiąc już o procentach dwudziestu.